Islandia jest zdecydowanie jednym z tych miejsc na ziemi, które trzeba odwiedzić chociaż raz w życiu. My spędziliśmy na tej magicznej, zimnej wyspie na morzu ognia tydzień. Zmieniający się co krok krajobraz, dzikie pustkowia, kaniony, lodowe góry, jesienne trawy, mgły i zimowe ostre powietrze sprawiły, że wydawało nam się, że ta przygoda trwała milion razy dłużej.

 

Udało nam się zwiedzić południową część wyspy, która w listopadowej porze nie jest aż tak oblegana przez turystów. Mieliśmy szczęście zobaczyć zorzę polarną mocząc cztery litery w gorących źródłach, poczuć arktyczny wiatr oraz zobaczyć rdzenne islandzkie konie i renifery.

 

Resztę opowiedzą Wam zdjęcia 🙂

 

Miejscowość Vik, czarna plaża i okolica

Krótki spacerek po lodowcu Sólheimajökull

Kani0n Fjaðrárgljúfur – niczym druga strona muru

Zorza polarna, gdzieś na jakimś pustkowiu

W drodze..tak po prostu..

Diamond Beach

Þingvellir

Wodospady: Skógafoss, Seljalandsfoss, Gullfoss

Nocleg w jaskini i dalsza włóczęga po Islandii

Golden Circle – Geysir

Hveragerði – gorąca rzeka
Polecamy iść na sam koniec rzeki – woda jest najgorętsza, wręcz parząca 🙂 przy temperaturze powietrza -9 stopni robi wrażenie 🙂

Reykjavík