Ararat (5137 m n.p.m.) – relacja z wyprawy

Ararat (5137 m n.p.m.) – relacja z wyprawy

Lipiec, 2019r. 

Tak jakoś wyszło, że będąc w Turcji wyszliśmy na najwyższy jej szczyt, czyli górę Ararat mierzącą 5137m n.p.m. Plan był inny..chcieliśmy początkowo pochodzić jedynie w okolicach góry, ale gdy ją po raz pierwszy zobaczyliśmy po prostu nas zahipnotyzowała. Dostojna, ośnieżona, samotna piramida królująca nad Turcją urzekła nas od pierwszego wejrzenia.

Krótka lekcja historii

Ararat nazywany jest świętą górą Ormian. Ten wulkaniczny masyw leży w sercu Wyżyny Armeńskiej, która należała niegdyś do Armenii. Dziś góra w całości leży po stronie tureckiej. Narody dzieli rzeź Ormian z czasów I wojny światowej, podczas której wymordowano półtora miliona ludzi. Ormianie patrzą na górę z tęsknotą i smutkiem, niestety mogą na nią tylko patrzeć, ponieważ granica między Armenią i Turcją jest zamknięta.

Ciekawostka: Co Ararat ma wspólnego z Biblią?

Góra odgrywa ważną rolę w religii chrześcijańskiej. 30 km od szczytu, w miejscu, o którym mówi Biblia znajduje się Arka NoegoI osiadła arka w siódmym miesiącu, siedemnastego dnia tego miesiąca, w górach Ararat.“ (księga Rodzaju 8:4). Słowo “góry” wskazuje na pasmo górskie lub krainę geograficzną (nie pojedynczą górę).

Wiele ludzi próbowało odnaleźć zaginioną arkę. Zainteresowanie wzrosło w XX wieku podczas trzęsienia ziemi, które odsłoniło skałę w kształcie sporej łodzi. Badań archeologicznych podjął się amerykański archeolog Ronald Wyatt, który miał na celu zbadanie tajemniczych skał, przypominających statek. Odkrył on skamieniałe drewno sporych rozmiarów, noszące ślady obróbki ludzką ręką. Nie udało się jednak ustalić dokładnej daty ani epoki, z której drewno pochodzi, a więc nie udało się dowieść, że jest to fragment biblijnej arki. Zdjęcia z lotu ptaka potwierdzają jednak tezę, że w pobliżu Araratu znajduje się forma przypominająca statek.

Widok na miasto z obozu I

Widok na miasto z obozu I

Wyprawa na Ararat

Do miejscowości Doğubayazıt przyjechaliśmy wczesnym popołudniem i szukaliśmy dogodnego campingu, gdzie właściciele będą mówić po angielsku, aby wypytać się o dostępne szlaki. I tak trafiliśmy na Murat Camping. Początkowo mieliśmy w planie pochodzić po okolicznych zboczach i podziwiać Ararat z daleka, ponieważ gdziekolwiek w okolicach Araratu nie chcielibyśmy pójść wymagane jest specjalne pozwolenie.

Na campingu zaczęliśmy rozmawiać z Kawą, który zajmuje się zarówno campingiem jak i organizacją trekkingów na Ararat. Z ciekawości zapytaliśmy, ile kosztuje taka wyprawa i usłyszeliśmy cenę 500 dolarów od osoby…cena ta zawierała jednak wszystko: pozwolenie, przewodnika, konie, noclegi w namiotach w obozach, wyżywienie. My tego nie potrzebowaliśmy, więc zapytaliśmy o koszt samego przewodnika, czyli z opcją, że do góry wszystko niesiemy sami. I takim oto sposobem, cena zmniejszyła się do 100 dolarów za osobę 🙂 zastanowiliśmy się może 10 minut, przemyśleliśmy wszystkie za i przeciw i zdecydowaliśmy, że idziemy na podbój Araratu. Nie mieliśmy jednak sprzętu: raków, ciepłych śpiworów, ani kijów trekkingowych. Nie było to jednak problemem. Wszystko można było wypożyczyć i wliczało się to w cenę.

Szlak na szczyt wiedzie południowym zboczem, startuje się z wysokości około 2200 m n.p.m. Zdobycie szczytu i zejście zajęło nam 3 dni. Droga na szczyt nie jest technicznie trudna, ani długa. Niezbędna jest jednak dobra kondycja i odpowiednia aklimatyzacja. Pierwszego dnia doszliśmy do obozu I znajdującego się na około 3200m n.p.m., byliśmy tam już około 12 w południe, więc resztę dnia spędziliśmy na odpoczynku i wyjściu kilkaset metrów do góry w celu aklimatyzacji.

Kolejnego dnia szliśmy znów niedługo, bo około 3 godzin, kolejne 1000 metrów w górę do obozu II (4200 m n.p.m.). Tam wysokość była już mocno odczuwalna, ale popołudniu zrobiliśmy wyjście aklimatyzacyjne. Resztę dnia spędziliśmy na jedzeniu, odpoczynku i …. zbieraniu śmieci.
To co bolało nas najbardziej w obozie II, to widok wszędzie walających się śmieci pozostawionych przez ludzi wychodzących na szczyt. Nie mogliśmy pojąć, jak można oszpecać tak cudowne miejsce, zostawiając papierki, butelki, opakowania, puszki między platformami przygotowanymi pod namioty. W przeciągu godziny uzbieraliśmy 5 worków śmieci, wyobrażacie to sobie? Najsmutniejszy był widok świeżo zostawionych opakowań po polskich produktach…

5 lipca. Ostatni dzień należał do najcięższych – atak szczytowy i zejście na sam dół. Wstaliśmy o 1 w nocy, zjedliśmy owsiankę, wypiliśmy kawkę i o 2 ruszyliśmy na szczyt. Droga pięła się jednostajnie, stromo w górę. Dopiero około 200 metrów od szczytu założyliśmy raki i spokojnym tempem kontynuowaliśmy wędrówkę. Na szczycie byliśmy około 6 rano, niestety nic poza mgłą nie widzieliśmy, ale mimo wszystko byliśmy bardzo szczęśliwi. Było naprawdę zimno, co z resztą widać na poniższych zdjęciach 🙂 Pstryknęliśmy kilka fot i zaczęliśmy mozolne schodzenie.

Do obozu II zeszliśmy o 9 rano, zrobiliśmy godzinną przerwę na drzemkę, regenerację i ruszyliśmy do obozu I, gdzie również odpoczęliśmy godzinę. Bardzo mocno zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi o godzinie 16 znaleźliśmy się już u podnóża góry. Kawa przyjechał po nas, a wieczorem zorganizował wykwintną kolację 🙂 Z ręką na sercu polecamy jego usługi. 

Kozice radzą:
– pamiętajcie o dobrej aklimatyzacji, aby uniknąć choroby wysokościowej,
– górę zdobywajcie powoli, jeżeli to konieczne, zróbcie sobie dodatkowy dzień przerwy w obozie pierwszym,
– najlepszym czasem na zdobycie góry są wakacje, czyli okres między lipcem a wrześniem,
– przygotujcie się na każdą pogodę, różnica temperatur może być naprawdę ogromna,
– polecamy usługi Kawy z campingu Murat. Zorganizował przewodnika, sprzęt, podwózkę do podnóża góry, a po zejściu przyjechał po nas i przygotował kolację. Kontakt: Mtararattrekkingtours@gmail.com lub campingnoah@gmail.com

Niezbędne rzeczy:
– ciepły śpiwór, namiot, karimata,
– odpowiednie ubrania (pamiętajcie, że to lodowiec),
– raki,
– trzeba mieć pozwolenie na wyjście lub wynająć przewodnika (polecamy drugą opcję),
– krem z wysokim filtrem 🙂

Pożyczony śpiwór 🙂 miał chyba z pięćset lat i woleliśmy nie myśleć ile osób już w nim spało. Spełniał jednak swoją funkcję i był bardzo ciepły 🙂

Widok spod szczytu Araratu

Podczas wyjść aklimatyzacyjnych byliśmy świadkami narodzin źrebaka

Nie zapomnijcie o porządnym kremie z filtrem 🙂

 

2 komentarze

  1. lotheg pisze:

    Super sprawa 🙂 Jakiego dnia dokładnie zdobywaliście szczyt?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *